Serio. Tak bez ściemy. Uwielbiam pierwszy dzień nowego tygodnia, bo zawsze jest to takie „otwarcie” czegoś nowego. Wszystkie sprawy, których nie rozwiązaliśmy, nie wykonaliśmy czy olaliśmy w zeszłym tygodniu można zaplanować jeszcze raz w bieżącym. Można także zaplanować coś nowego, ciekawego do wykonania. Wstając rano moim jedynym planem było rozpoczęcie tego tygodnia „z przytupem” tak aby zostawić w tyle za sobą leniwą końcówkę tygodnia poprzedniego. Rano śniadanie dość nietypowe, bo budyń (ale przecież nie marudzi się i nie zgłasza obiekcji gdy śniadanie robi żona) później kubek zielonej herbaty na pobudzenie i godzinny marsz w lesie z kijkami. Dziś poraz pierwszy zaświeciło w końcu „wiosenne” słońce, czyli takie którego ciepłe promienie czujemy na twarzy, która automatycznie się wtedy cieszy. Znak to chyba, że w niedługim czasie zawita do nas prawdziwa wiosna! Później trochę prac w ogrodzie, a wczesnym popołudniem walka w kuchni, którą opisałem jako przepis na blogu.

Komentarze

Share.

Leave A Reply