Stało się. Obiecywałem sobie tysiąc razy, że nie stanę na wadze po odejściu zimy. Nie wytrzymałem. Stanąłem. Niestety. Nie na wysokości zadania, a wręcz przeciwnie. Stanąłem przed nie lada wyzwaniem. Okazało się, że ‚magiczna’ bariera stu kilo została przekroczona. Sądząc po wyniku, który mnie zszokował i zaskoczył, została przekroczona już jakiś czas temu. Do niedawna miałem nadzieję tej granicy nie przeskoczyć. Wydawało mi się, że ustawiłem tam nieprzekraczalną barierę. Niestety okazało się, że zbyt słabą i wątłą.

Dopóki byłem poniżej ‚magicznej’ setki tłumaczyłem sobie nadwyżkę tym, że nigdy nie należałem do osób szczuple zbudowanych. Miałem (jak każdy) znajomych, którzy są chudzi po prostu od urodzenia. Tzw. patyczaki, których budowa ciała zawsze była tematem do śmiechu. Po latach niektórzy dalej są chudzi jak patyk, niektórzy z nich ‚w sam raz’. Ja niestety poszedłem krok dalej. Zawsze sobie myślałem, że przecież Kliczko, Saleta czy inni sportowcy ważą powyżej setki, więc to chyba nic takiego strasznego. No cóż. Nie jestem Kliczko ani Saleta jak się okazało. Koniec końców wyszło, że jestem zapasionym misiowatym informatykiem, któremu nijak nie podoba się odbicie w lustrze. Jest pewna granica, której nie potrafi poprawić Photoshop, myślę, że ją właśnie przekroczyłem.

Nie pozostało mi nic innego jak zmierzyć się z tym i przyznać do tego przed samym sobą. Jestem otyły. To nie jakaś tam nadwaga. Dwa, trzy kilo, które można szybko zgubić. Przez siedzący tryb pracy i życia, brak ruchu i niezdrowe żarcie przybyło tych kilogramów o wiele więcej. Co najgorsze (a z drugiej strony najciekawsze), gdy doszło do mnie ile ważę zacząłem się czuć źle sam ze sobą. Przecież zwisający bęben nie pojawił się dziś znienacka. Był tam od dłuższego czasu, jednak do tej pory jakoś nie przeszkadzał aż tak. Teraz zaczął uwierać, ciążyć, jakby był wypełniony kamieniami. Odbicie w lustrze zaczęło mi się nie podobać, chociaż dzień wcześniej też się w nim przeglądałem. Coś pękło i nie będzie już takie samo jak było jeszcze przed chwilą.

Cała ta sytuacja zbiega się z premierą „Wiem, co jem na diecie” Bosackiej. Może nie tyle zbiega ile chyba bardziej z niej wynika. Oglądałem wczoraj pierwszy odcinek, bo lubię jej programy. Razem z rodziną zawsze siadamy grupowo przed telewizorem i chłoniemy informacje, którymi nas karmi. Chyba podświadomie jej występ w TV przełamał mnie i przekonał, że dziś rano po wyjściu z kąpieli trzeba stanąć na wagę i sprawdzić „co i jak”. Za jej radą także piszę właśnie te słowa, bo jeśli to, co mówiła w programie, czyli fakt, że pisanie bloga naprawdę pomaga – to przecież bloga mam, choć zapomnianego, zakurzonego i odłożonego na półkę. Dziś jest bardzo dobry dzień na przeproszenie się z nim, odkurzenie i postawienie na nogi. MrTaste Reanimacja-Reaktywacja.

Podnoszę rękawicę rzuconą przez Kaśkę. Niestety będę miał o wiele ciężej niż Ona, ponieważ jestem stopień wyżej ze swoimi kilogramami i już w II grupie. Lat (prawie) czterdzieści na karku, metabolizm zbliżony raczej do starego zgreda niż młodego mężczyzny w sile wieku, ale cięższe przypadki udawało się przecież rozwiązać. Chęci są, zapał jest. Mam nadzieję, że nie słomiany. ;) Z doświadczenia jednak wiem, że skoro rzuciłem palenie, picie i od lat trwam w tym niezłomnie to uda mi się też wytrwać w zdrowszej wersji mojego życia.

Z napojów gazowanych i śmieciowego jedzenia zrezygnowaliśmy w sumie już jakiś czas temu. Pod wpływem „Wiem, co jem” czytamy składy i staramy się kupować produkty bez zbędnych E… na liście. Nie pijemy napojów gazowanych, preferujemy zdrowe kompoty, które sami robiliśmy w zeszłym roku. Wychodzi jednak na to, że zmiany te były nie wystarczające, skoro kilogramów dalej przybywało zamiast ubywać.

Od czasu zawału, który dopadł mnie jakiś czas temu obiecywałem sobie nie jeden raz zrzucić to co zbędnie się do mnie przykleiło. Teraz nadszedł chyba ten moment w którym zamiast sobie obiecywać – trzeba to zrobić.

Co właśnie niniejszym rozpoczynam czynić. :)

Komentarze

Share.

1 komentarz

  1. Pingback: Wakacyjna przerwa

Leave A Reply